SŁOWA KLUCZOWE: GARDINA

Jeżeli powiemy, że śląski wyraz „gardina” oznaczający firankę pochodzi od niemieckiej (także rodzaj żeński) „gardine”, bez wątpienia będziemy mieli rację. Ale sprawa nie jest aż tak prosta, bo Niemiec może również użyć słowa „vorhang”. Polskie słowo „firanka” - podobnie jak śląska gardina - jest germanizmem; z tą różnicą, że Ślązacy zapożyczyli sobie „gardine” (przekształcając ją w gardinę), Polacy zaś „vorhang” (tworząc firankę). Możemy zresztą mówić o zapożyczeniach znacznie głębszych, niż tylko bezpośrednie, z jednego języka. Zwłaszcza jeśli nie skoncentrujemy się na samej firance, a poszerzymy obszar poszukiwań na zwyczaj zasłaniania czegoś przy pomocy tkaniny.
 
Znajdziemy wówczas i bliskie brzmieniowo hiszpańskie oraz włoskie „cortina”, angielską „curtain” a nawet polską „kurtynę”, którym początek dała łacińska „cortina” - zasłona. „Forchang” od którego polszczyzna zapożyczyła sobie firankę również znany jest na Śląsku; z tą różnicą, iż oznacza zasłonkę z jednolitego materiału (która może wisieć przy drzwiach lub zasłaniać ścianę) podczas gdy gardina jest typową, ażurową firanką obowiązkowo zamocowaną przy oknie. Mocować zaś należy ją na gardinsztandze (kolejny germanizm) czyli karniszu zawieszonym tuż przy suficie (gipsdece). Jeżeli komplet zawierał forchang, również zawieszano go na gardinsztandze.
Gospodyni śląska pierwszej połowy XX wieku znała tylko dwa rodzaje swoich firanek. Gardina mogła być więc albo bioło (czysta), albo czorno (brudna). Wraz z rozwojem przemysłu i wzrostem ilości dymiących kominów fabrycznych, hutniczych pieców i kopalnianych wyziewów, gardiny znacznie częściej wchodziły w stan czorny. Kobiety zwiększały więc częstotliwość odświeżania firan (w sąsiedztwie hut i kopalń zmieniano firanki każdego tygodnia), co do zadań prostych na pewno nie należało. Proces miał cztery etapy: po pierwsze firankę należało namoczyć na kilka godzin w mydlanym roztworze. Punkt drugi przewidywał wygotowywanie w dużym kotle, trzeci – krochmalenie czyli szkrobanie przy pomocy szkrobka (krochmalu). Finał całej operacji nazywał się szpanowaniem i nie miał nic wspólnego z imponowaniem innym ludziom: chodziło o naciąganie mokrej firany, by wyschła w postaci nie pozaginanej. Wyszpanować gardiny można było albo u siebie (często na strychu), jeżeli posiadało się specjalną ramę, albo w specjalnie prowadzonym zakładzie, gdzie na płatne naciąganie często czekało się w kolejce. Jeżeli firana była słabej jakości, względnie – miała już swoje lata, jej naciągnięcie było nie lada sztuką. Operator licznych śrub naciągowych w ramie musiał wykazać się wyrafinowanymi umiejętnościami i wyczuciem. Jeśli siła utrzymania gardiny była zbyt mała – obiekt łapal fałdy; jeśli śruby zaciśnięto zbyt mocno, firana darła się i była już do wyrzucenia.
 
Tradycyjna śląska kuchnia (pełniąca też zazwyczaj rolę salonu) pełna była przeróżnego rodzaju firanek i firaneczek. Oprócz gardiny w oknie były jeszcze dekoracyjne szajbki zdobiące byfyje (kredensy). Wszystko to regularnie odświeżano, układano, poprawiano fałdki, dmuchano i chuchano. Firankowy dobytek świadczył o zaradności i inwencji pani domu, która nie tylko musiała o tkaniny zadbać, ale także wykazać się umiejętnością ich wykonania. Pracę z szydełkiem nazywano heklowaniem, ale – ponieważ to już inny temat – możemy opuścić na tę sprawę zasłonę (cortina) milczenia.

ANTRYJ.PL
redaktor naczelny - Zbigniew Markowski
adres redakcji: Nakło Śląskie, ul. Sienkiewicza 7