Podziemny strajk w kopalni Piast - grudzień 1981 - historia

Trudno wyobrazić sobie bardziej przygnębiającą wieczerzę wigilijną. Nie było tradycyjnych dwunastu potraw, na jedną osobę przypadał mały kawałek ryby oraz cukierek popijany wodą z systemu przeciwpożarowego. Znalazł się jednak opłatek i ustawiona na gumowym przenośniku choinka przybrana światełkami przez kopalnianych elektryków. Choć przygotowania do wieczerzy trwały od samego rana - wtedy to robotnicy zaczęli zbijać z desek prowizoryczne stoły - nikt nie wypatrywał pierwszej gwiazdki – wszystko działo się 650 metrów pod ziemią – w kopalni „Piast”.


Kopalnia „Piast” miała młodą załogę, sama też do starych zaliczać się nie mogła: pierwszą tonę węgla uzyskano tu pod koniec 1975 roku. Jak sto innych polskich zakładów wydobywczych działała w oparach absurdu gospodarki socjalistycznej. Z jednej strony partia naciskała na coraz większe wydobycie osiągane za cenę licznych, często śmiertelnych wypadków, górników zmuszano do pracy w soboty i niedzielę. Druga ręka władzy podawała marchewkę w postaci górniczych sklepów, trzynastych i czternastych pensji, mieszkań oraz okazywanego poprzez medialną propagandę szacunku. Po co było to wszystko – nie wiadomo. Wiadomo jednak, że koszt wydobycia jednej tony węgla na „Piaście” w 1976 roku wynosił 1079 złotych podczas gdy w handlu obowiązywała cena 338 złotych.


Udział kopalni w protestach przed stanem wojennym również nie wyróżniał się na tle innych zakładów wydobywczych. Strajk z 1980 roku – podobnie jak w większości śląskich kopalń – rozpoczął się tu 2 września, liczba członków „Solidarności” szybko przekroczyła połowę 7-tysięcznej załogi. Co dziwne – dyrekcja, struktury PZPR i „Solidarność” - mimo oczywistych różnic światopoglądowych – potrafiły się na „Piaście” dogadywać. Zaznający później przed komunistycznym sądem dyrektor kopalni przyznał, że przed wprowadzeniem stanu wojennego współpraca z „Solidarnością” układała się dobrze. Protesty w 1981 roku były tu krótsze i na ogół mniej widowiskowe niż w innych kopalniach. Typowy był też początek protestu po 13 grudnia 1981 – tak jak w wielu śląskich zakładach pracy pierwszą iskrę wywołało zatrzymanie związkowych liderów. Szefowie „Solidarności” KWK „Piast” po wprowadzeniu stanu wojennego udali się na rozmowę do dyrektora, zostali jednak zatrzymani przez milicjantów i przewiezieni na komendę MO w Tychach. Tam przewodniczący związku - Wiesław Zawadzki podpisał zobowiązanie, iż podporządkuje się przepisom stanu wojennego, zaś jego zastępca - Eugeniusz Szelągowski odmówił parafowania lojalki. Szelągowskiego natychmiast internowano, podobnie jak wcześniej jego kolegę - Stanisława Dziwaka - szefa "Solidarności" Przedsiębiorstwa Robót Górniczych z Mysłowic. Postać Stanisława Dziwaka istotna jest o tyle, że w „Piaście” pracowała spora grupa robotników mysłowickiego PRG: pierwszym postulatem protestujących stało się więc uwolnienie Szelągowskiego oraz Dziwaka.

Atmosferę potęgował nowy, wprowadzony przez stan wojenny status kopalni – stała się ona zmilitaryzowanym zakładem pracy. Krążyły pogłoski, iż oznacza to obowiązek pracy przez siedem dni w tygodniu. 14 grudnia na masówce w cechowni „Piasta” wygwizdano dyrektora usiłującego przemawiać do górników, następnego dnia rozpoczął się podziemny protest. Ponieważ do zmiany, która nie opuściła kopalni dołączyła zmiana następna, pod ziemią znalazło się niemal tysiąc osób. Do kolegów z poziomu 650 – po ryzykownym przejściu po drabinach - dołączyli górnicy z poziomu 500. Kiedy dotarła kolejna zmiana liczba strajkujących przekroczyła 2000. Nic nie wskazywało, że protest szybko się skończy. Dyrekcja „Piasta” wysłała więc delegację pięciu działaczy „Solidarności” (w jej składzie był nadsztygar Zbigniew Bogacz – członek Krajowej Komisji Koordynacyjnej Sekcji Górnictwa) z misją namówienia protestujących do opuszczenia kopalni. Po kilku godzinach dyskusji związkowcy postanowili przyłączyć się do strajku i pozostali pod ziemią. Bogacz miał w wydarzeniach tych podwójny udział: po pierwsze – wziął na siebie odpowiedzialność za techniczną ochronę zakładu w czasie protestu. To pod jego nadzorem zabezpieczano wyrobiska i odwadniano chodniki. Zadanie to wykonane zostało bezbłędnie: już następnego dnia po zakończeniu akcji protestacyjnej prowadzono w „Piaście” normalne wydobycie. Kiedy na początku trzeciej dekady grudnia na inspekcję zjechał przedstawiciel Okręgowego Urzędu Górniczego zastał zakład w tak dobrym stanie, że mógł jedynie wystawić pozytywną ocenę utrzymania wyrobisk. Po drugie – Właśnie Zbigniewowi Bogaczowi postawiono później przed sądem zarzut kierowania strajkiem.


Póki inne śląskie kopalnie protestowały, na temat „Piasta” komunistyczna władza nie mówiła wcale – pierwszy raz Dziennik Telewizyjny o podziemnym proteście poinformował dopiero 21 grudnia. Oficjalna propaganda lansowała tezę, iż niewielka grupa skrajnych działaczy „Solidarności” przetrzymuje pod ziemią setki górników wbrew ich woli. W notatkach wewnętrznych PZPR pojawiały się słowa „terroryści” i „terroryzowani”. Działania na miejscu były mniej zawoalowane – pozwalano żonom górników rozmawiać ze strajkującymi telefonicznie, by namawiały ich do wyjazdu spod ziemi. Gdzieś mimochodem padały słowa o możliwości zalania kopalni razem ludźmi lub użyciu gazu paraliżującego. Później próbowano stopniowo odcinać górników od świata zewnętrznego: nie pozwalając na doładowanie akumulatorów lamp, blokując dostawy żywności. Póki możliwość taka istniała, rodziny i lokalna społeczność dbały, by protestującym nie zabrakło najpotrzebniejszych artykułów. Jedzenie wkładano po prostu do windy i opuszczano na poziom 650. Pomocą protestującej kopalni zajmowało się ponad 300 osób. Zbigniew Bogacz podkreślał później, iż strajk był dobrowolny i wielu górników, którzy z najróżniejszych przyczyn odstępowali od protestu umożliwiano wyjazd na powierzchnię. Ich liczba na koniec akcji była zresztą o połowę mniejsza niż na początku.

Z zewnątrz dochodziły dramatyczne wieści: 16 grudnia milicja i wojsko zaatakowały kopalnię „Wujek” - ze śmiertelnym skutkiem dla dziewięciu górników. 23 grudnia spacyfikowano strajk w hucie „Katowice”, dzień później zakończyli podziemny protest koledzy z kopalni „Ziemowit”. Wigilia Bożego Narodzenia była na „Piaście” dniem szczególnym z wielu powodów. Kiedy nad Śląskiem zabłysła pierwsza gwiazda, załoga kopalni była już ostatnią enklawą protestu w Polsce. Tego samego dnia, w towarzystwie kilku księży przybył na poziom 650 biskup Janusz Zimniak. Komunistyczne władze liczyły, iż wpłynie on na górników; wcześniej duchownemu przestawiono propagandową koncepcję mówiącą o terrorystach zmuszających do pozostania pod ziemią górników. Kapłan naiwny nie był i – po wysłuchaniu relacji strajkujących, którzy potwierdzili wersję o dobrowolności protestu – pozostawił decyzję o kontynuowaniu strajku kwestii ich sumienia. Biskup Zimniak udzielił górnikom absolucji generalnej – odpustu zupełnego w procedurze takiej, jaką stosuje się wobec żołnierzy na polu bitwy.


Akcja strajkowa zakończyła się po 14 dniach – 28 grudnia. Około godziny 14 dobiegły końca negocjacje z komisarzem wojskowym Bronisławem Zieleckim i dyrektorem Czesławem Gelnerem. Wszystkim strajkującym zagwarantowano bezpieczeństwo. Ostatni kurs wind wywożących górników na powierzchnię zakończył się bezpiecznie o godzinie 21.20. Powrót do domu bezpieczny jednak nie był. Wielu pracowników „Piasta” zatrzymywano, przewożono do siedzib Milicji Obywatelskiej, gdzie byli bici i przesłuchiwani; niemal natychmiast internowano jedenaście osób. Wkrótce doszło do procesu sądowego i siedmiu innych działaczy „Solidarności” znalazło się na ławie oskarżonych. Tysiąc osób zwolniono dyscyplinarnie z pracy i choć później pozwolono im wrócić na „Piasta”, zatrudnieni zostali na znacznie gorszych warunkach. Wiosną następnego roku zapadły wyroki uniewinniające domniemanych organizatorów strajku. Historycy piszą, iż materiał dowodowy był zbierany niechlujnie i nawet przed komunistycznym sądem nie przedstawiał wielkiej wartości. Nie zmienia to jednak faktu, iż represje wielu osób nie ominęły. Uniewinnionego Zbigniewa Bogacza natychmiast internowano. Do skazania Bogacza doszło dopiero w 1985 roku, kiedy za działalność w podziemnej „Solidarności” dostał wyrok 1,5 roku pozbawienia wolności.


Kiedy w czasie podziemnego strajku na „Piaście” jeden z nadsztygarów, członek partii, przekonywał górników, by przerwali protest ponieważ jest stan wojenny, pewien górnik odparł, iż stan wojenny obowiązuje tam, na górze. W kopalni zaś jest inne państwo. Czas pokazał, że na to inne, wolne państwo trzeba było poczekać jeszcze osiem lat.

Antryj: przedsionek dla tych, którzy chcą polubić Górny Śląsk

redaktor naczelny: Zbigniew Markowski, tel.: 32 284 36 85
polecamy poznaj-slask.pl