Henryk Mikołaj Górecki (1933 – 2010)

Justyna Lomania

Trudne nuty dzieciństwa: od Czernicy do Rydułtów

Historia Góreckiego zaczyna się 6 grudnia 1933 roku w Czernicy koło Rybnika. Los nie szczędził mu ciosów od samego początku – matka, Otylia, zmarła w dniu jego drugich urodzin. Ten tragiczny brak, w połączeniu z ciężką chorobą stawu biodrowego, która skazała go na miesiące pobytów w szpitalach, oraz traumą II wojny światowej, ukształtował jego niezwykłą wrażliwość na cierpienie.

Jego droga do muzyki również nie była usłana różami. Ojciec kompozytora, kolejarz, nie podzielał artystycznych pasji syna – Henrykowi zabraniano nawet zbliżać się do pianina, na którym niegdyś grała jego matka. Zanim Górecki na dobre zasiadł do partytur, pracował jako nauczyciel przedmiotów ogólnych w szkole w Radoszowach. Dopiero w wieku 19 lat, mimo głosów, że jest „za stary”, rozpoczął regularną naukę w szkole muzycznej w Rybniku.

Katowice: Macierz i fundament

Prawdziwy przełom nastąpił w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach (dzisiejsza Akademia Muzyczna). Studiując u prof. Bolesława Szabelskiego, Górecki objawił się jako talent czystej wody. Już w 1958 roku zadebiutował na „Warszawskiej Jesieni” utworem Epitafium, zyskując miano jednego z najbardziej radykalnych awangardzistów.

Z katowicką uczelnią związany był przez niemal całe życie – od studenta, przez profesora, aż po funkcję rektora, którą sprawował w latach 1975-1979. To właśnie w Katowicach, w swoim mieszkaniu na Koszutce, tworzył dzieła, które miały wstrząsnąć posadami świata muzyki.

Od „Zderzeń” do „Pieśni żałosnych”

Twórczość Góreckiego to fascynująca ewolucja. Zaczynał od brutalnego, głośnego sonoryzmu – jego utwór Scontri (czyli „Zderzenia”) szokował gęstością brzmienia i energią. Krytycy byli bezlitośni, niektórzy pytali wręcz, czy to jeszcze muzyka, jednak Górecki pozostawał niewzruszony.

Z czasem jego język uległ uproszczeniu, zmierzając ku tzw. „nowej prostocie”. Szczytem tego nurtu stała się słynna III Symfonia „Pieśni żałosnych” z 1976 roku. Choć początkowo przyjęta w Polsce z rezerwą, w 1992 roku po nagraniu przez Dawn Upshaw stała się globalnym fenomenem – płyta rozeszła się w ponad milionie egzemplarzy, trafiając na listy przebojów obok gwiazd popu.

Sylwetka Mistrza: Wiara, góry i bezkompromisowość

Górecki prywatnie był człowiekiem głębokiej wiary i wielkiego hartu ducha. Wiązała go niezwykła znajomość z Janem Pawłem II – to na prośbę kardynała Karola Wojtyły napisał monumentalne Beatus Vir. Kompozytor nie znosił „robienia biznesu na sztuce” i wielokrotnie odrzucał lukratywne zamówienia od największych światowych instytucji, jeśli nie czuł wewnętrznej potrzeby napisania danego utworu.

Mimo światowej sławy, czuł się mocno zakorzeniony w swojej „małej ojczyźnie”. Mówił wprost: „Ja nie żałuję, że się tu urodziłem, bo to przepiękna ziemia, rybnicko-raciborska. Lud jest niezwykły. Ja te geny czuję”. Drugą jego miłością były Tatry i kultura góralska, którą przenosił do swoich utworów, spędzając ostatnie lata życia w podzakopiańskim Zębie.

Dziedzictwo, które trwa

Henryk Mikołaj Górecki zmarł 12 listopada 2010 roku w Katowicach. Został pochowany na cmentarzu przy ul. Sienkiewicza, a jego imieniem nazwano Filharmonię Śląską. Pozostawił po sobie nie tylko dorobek symfoniczny, ale i kameralny, w tym słynne kwartety smyczkowe pisane dla amerykańskiego Kronos Quartet. Jego syn, Mikołaj, również został kompozytorem i dokończył pozostawioną w szkicach IV Symfonię ojca. Górecki udowodnił, że będąc wiernym sobie i swoim śląskim korzeniom, można stworzyć język uniwersalny, który rozumieją ludzie pod każdą szerokością geograficzną. Jak sam mawiał: „Rzecz zwyczajna, ale sposób niezwykły” – to zdanie najlepiej podsumowuje jego życie i twórczość.